„Zorganizowana grupa hipnotyzerów łączy się przez internetowe komunikatory z tysiącami użytkowników. Wykorzystują oni połączenie wideo aby wprowadzić swe ofiary w stan transu. Zahipnotyzowani podają złodziejom hasła i numery kont bankowych.” – to nie fragment powieści sience-fiction a opisu kamerki internetowej w serwisie komukomu.pl…
O samym serwisie pisać nie będę. Prosta i znana idea: codziennie jeden towar taniej. Warto wspomnieć iż założycielem tego jest firma Agora (wydawca Gazety Wyborczej i portalu gazeta.pl). Ale do rzeczy…
W poniedziałek użytkownicy portalu zostali bez wątpienia zaskoczeni. Zamiast rzeczowego opisu produktu ukazał się zacytowana powyżej historia, zwieńczona oczywiście obietnicą, że „KomuKomu sprawiło, że posiadane przez nas egzemplarze chronią przed złowrogą hipnozą. Tylko nasze kamerki posiadają tę niezwykłą moc. Ten sam model kupiony w innym serwisie nie uratuje Cię przed kradzieżą.”
Tego samego dnia w opisie opiekacza znajdziemy historię, jak to „kumpel po pijaku razem z kromką przypiekł sobie palce”, a dzień później przy okazji deski od prasowania autor zastanawia się „Żeby chociaż ta decha miała mocne nogi to może do czego innego by się przydała”. Dwa inne przykłady na obrazkach.
Wszystko to sprawia, że zadaję sobie pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? Jaki cel przyświeca twórcom serwisu? Chcą zaszokować? Czy to nieudolna próba marketingu a’la Raynair? Już tylko krok dzieli nas od wdrożenia w życie bardzo starej parodii reklamy Ery z wyk*tą Motorolką.
Marketing ekstremalny jest dla mnie, jako obserwatora rynku e-commerce, zjawiskiem równie ciekawym co i niezrozumiałym. Wygląda trochę jak gest rozpaczy. Coś nam nie działa jak chcemy, nie sprzedaje się według naszych planów, więc zaskoczmy, zaszokujmy rozśmieszmy. Może o nas napiszą? A tu, proszę, surprise, nikt nie pisze poza jakimś niszowym blogerem :-)
No bo co z tego, że opis mnie rozśmieszy (wolałbym, żeby mi powiedział coś o produkcie, ale trudno), skoro cena towaru jest do bani. Nawet rozważając zakup garnków, nie zrobię tego na komukomu, gdzie są przecenione z 339zł na 315zł. 24zł to za mała różnica, bym zadziałał pod wypływem impulsu. Nie gra zupełnie na moich emocjach, raczej zastanowię się, racjonalnie wszystko przeanalizuję i albo stwierdzę, że mi w sumie te garnki niepotrzebne, wolę zachować trzy stówki w kieszeni, albo też znajdę je w internecie za porównywalną cenę i kupię w dowolnej innej chwili.
Zamiast więc marketingu ekstremalnego lepiej byłoby stosować marketing jednego dnia: okazję, koło której nie sposób przejść obojętnie. Wtedy jedynym problemem kupującego będzie to, czy mu dana rzecz jest potrzebna, bo cena będzie bezkonkurencyjna. Czasem udaje się to konkurencji, serwisowi iBood. Tylko ile ja mogę potrzebować akcesoriów do iPoda, którego nota bene nie posiadam? :-) Ale to oddzielna historia. Obniżki cenowe rzędu 30-60% naprawdę robią wrażenie. W przeciwieństwie do 10% zniżek w KomuKomu, bo takie oferty w internecie znaleźć można.
A na zakończenie, w ramach przypomnienia, parodia reklamy Ery z 2006 roku (uwaga, zawiera niecenzuralne wyrazy):
Share on Facebook